EDWARD GUZIAKIEWICZ   ENBARGONKI

Fragment trzeci


W

łączyłem terminal, nim jeszcze zeszedłem na kolację — okazało się, że miałem sporo wiadomości do obejrzenia, gratulowano mi i zapraszano na spotkania z seniorami i młodzieżą — rzuciłem hasło „panienki lekkich obyczajów” i czekałem. Wyświetliło się mnóstwo modułów, najpierw „usługi”, potem „kultura”, wreszcie „rozrywka”, a na końcu „nocne dla dorosłych”. Były tu striptiz, masaże i seks. Wybrałem opcję „luksusowa kurtyzana”. Przewinęły się przed moimi oczyma pełne uroku zmysłowe kobiece twarze. Same oszałamiające gwiazdy. Zerknąłem na ceny i z wrażenia włosy stanęły mi dęba na głowie. Miałem rację, jedna noc kosztowała tyle, co moja miesięczna gaża. Jednak się nie poddałem, to nie byłoby w moim stylu.

Koziołkowi w żłobie dano… Nie wiedziałem, na którą seksbombę się zdecydować. Nie mogłem mieć dwóch lub trzech panienek naraz jak w bazie „Meduza”, gdzie stał przede mną otworem pawilon „K”.

— Nie mam pojęcia, którą wybrać — szczeknąłem do terminala. — Jest ich tyle, że można zwariować.

— Nie kłopocz się! Strzel na chybił trafił, wszystkie są znakomite, względnie pozwól, by zrobił to za ciebie komputer — usłużnie podpowiedział mi spiker o zniewalającym tembrze głosu, zdającym się zdradzać rzadki profesjonalizm i znajomość rzeczy.

Wkurzył mnie, ale nie miałem innego wyjścia. Dawaliśmy się wodzić za nos wrednym mózgom elektronowym. Z badań wynikało, że mieszkańcy Układu Słonecznego coraz częściej cedowali dokonywanie wyborów na komputery. Statystyki mówiły o sześćdziesięciu siedmiu procentach. Sztuczne inteligencje wygrywały z inteligencjami naturalnymi. Wracaliśmy do kołyski i stawaliśmy się bezwolni, godząc się, by elektroniczne mamuśki z quasi-osobowością za nas myślały i decydowały. Broniłem się przed tym rękami i nogami. Wcześniej czy później musiało się to skończyć tragicznie dla naszego światłego gatunku. Groziło nam, że przestaniemy używać własnych makówek. Ale cóż mogłem począć? Nie byłem od tego, by naprawiać świat. Wprawdzie pochodzące z ubiegłego wieku poprawki do Konstytucji Unii Solarnej nakładały ograniczenia na producentów sprzętu komputerowego, ale w praktyce trudno je było wyegzekwować.

— Niech maszyna wyłoni najlepszą! — zgodziłem się z nutą rezygnacji w głosie.

— To trafna decyzja. Zostaniesz teraz przeskanowany, a komputer dokona błyskawicznej selekcji. Znajdzie donnę, która będzie odpowiadać twoim oczekiwaniom, jeśli nie najskrytszym pragnieniom — oświecił mnie ten sam porywający głos, gotowy poprowadzić mnie za rączkę przez labirynty nieznanych mi dotąd przybytków luksusu.

Zaciekawiło mnie, czy ci dranie naprawdę dokonują głębokiej analizy potrzeb klienta, czy tylko picują. Obiło mi się o uszy, że szprycują ciała kurtyzan feromonami, dostosowanymi do systemu nerwowego reflektanta. Błysnęło niebieskie światło i było już po wszystkim. Z mojego konta odpłynęła pokaźna suma. Wybrana przez komputer panienka do uciech miała się u mnie stawić późnym wieczorem i gościć do rana.

Z tego wszystkiego spóźniłem się na kolację. Witały mnie suto zastawione stoły, nie brakowało mocnych trunków i nawet szykowały się tańce. Kobiet w bazie „Meduza” było mniej niż mężczyzn, tym niemniej miał się kto kręcić po parkiecie. Jednak po godzinie balangi zdecydowałem się wrócić do apartamentu. Z duszą na ramieniu czekałem na zamówioną donnę. Siedziałem jak na rozżarzonych węglach. Nie umiałem zapanować nad emocjami.

Odezwał się gong, drzwi się rozsunęły i ujrzałem w nich młodziutką wyzywającą brunetkę. Nogi miała aż pod sufit. Z wdziękiem weszła, krzyżując je jak profesjonalna modelka, obrzuciła mnie pełnym zachwytu spojrzeniem i rzekła jak Emma na „Meduzie”:

— Hej, kowboju! Witaj! Mam na imię Madison.

— A ja William — wybąkałem.

Była doskonała w każdym calu i z wrażenia zamarłem, omal nie zamieniając się w słup soli. Przypadła mi do gustu. Jej twarz wydała mi się dziwnie znajoma i nagle wróciły mi przed oczy prześwietlone słońcem szkolne lata. Ocierałem się wtedy o podobną piękność, jednak nie mogłem jej sobie teraz przypomnieć. Kręciło się kilka takich po szkolnych korytarzach, ale nie śmiałbym do nich uderzać. Nie byłem na ich miarę.

Madison szybko przełamała pierwsze lody. Musnęła ustami mój policzek, owiewając mnie zapachem perfum o wyjątkowo zmysłowej nucie. Położyła mi czule rękę na ramieniu. Miała prowokujące spojrzenie i pełne usta, a jej uśmiech zniewalał.

— Nie sądziłam, że będziesz aż takim ogierem! — oceniła mnie z zachwytem, a jej migdałowe oczy zalśniły. Czarowała rewelacyjnymi ciuchami i gustowną biżuterią.

— Dzięki! — szepnąłem. Bliskość jej oszałamiającego ciała sprawiała, że bałem się oddychać.

Energicznie zabrała się do rzeczy, przejmując inicjatywę. Z jej magicznych oczu wyczytałem, że niecierpliwie marzy, żeby zatonąć w moich objęciach i dobrać się do moich męskich skarbów. Najpierw hipnotyzowała mnie podniecającym striptizem przy dźwiękach muzyki i migających światłach. Było na czym oko zawiesić. Miała piękną brzoskwiniową skórę, wąskie biodra i wspaniałe piersi. Potem pchnęła mnie na łóżko i z rozkoszą rozebrała.

Kochaliśmy się przez całą noc. Znała się na rzeczy, należała do napalonych młódek, którym nigdy nie było dość, a jej temperament zdumiewał. Oddawała mi się tak, jakby miała totalnego bzika na moim punkcie, krzycząc i łkając z rozkoszy. Jej boskie ciało wiło się pode mną. Kiedy się rankiem obudziłem, czułem się najbardziej porywającym facetem w całym Układzie Słonecznym. Wyleczyła mnie z depresji.

Pożegnała mnie czule, gdy słońce było już wysoko.

— Pamiętaj, mam na imię Madison!

Rozradowana wyszła, tak szczęśliwa, jakbym właśnie poprosił ją o rękę i założył jej na palec pierścionek zaręczynowy. Doskonale się spisała. Nie straciła tego blasku, który wieczorem miała w oczach.

Doszedłem do wniosku, że nie wyrzuciłem szmalu w błoto. Nie wiedziałem, jakim cudem udawało się specom od klonów osiągnąć taki efekt. Te prześliczne panny naprawdę stawiały facetów na nogi. Przywracały im wiarę w siebie. Tylko dlaczego to aż tyle kosztowało?

(...)


0 1 2 3 4 5 ^