EDWARD GUZIAKIEWICZ   ENBARGONKI

Fragment czwarty


S

iedzące przy stole muzy nie wydawały się skrępowane, a moja obecność ich nie onieśmielała. Przyjęły ją jako coś oczywistego, nad czym przechodzi się od razu do porządku dziennego. Dyskretnie wymieniały się uwagami. Jak wszystkie piękne kobiety były egocentryczkami, ale odrobina narcyzmu im nie szkodziła.

Bez pośpiechu przyjrzałem się każdej z nich, dyskretnie ślizgając się wzrokiem po prześlicznych twarzach. Wszystkie przyciągały uwagę. Były wiedźmami czy aniołami dobroci? Nie przypominały drużyny gównianych czirliderek i nie musiałem czuć się jak początkujący nauczyciel w szkole. Za wyjątkiem jednej, która wyglądała na nastolatkę, mieściły się w przedziale między dwudziestką a trzydziestką. No, może niektóre lokowały się bliżej wspomnianej górnej granicy. Jednak nie zaliczały się do dam w wieku balzakowskim, ani tym bardziej do starych pudernic. O nie! Zegar biologiczny tykał, ale te żylety nie musiały się nim przejmować. Z pewnością nie uskarżały się na cellulit, kurze łapki koło oczu i obwisłe piersi, zmory kobiet w minionych stuleciach.

Po zupie Grace zaczęła je niespiesznie przedstawiać, szepcząc mi przy uchu:

— Pozwól, że cię oświecę, Williamie. Numer dwa, Miriam, już ją znasz. Numer trzy, Agnes, widziałeś się z nią zaraz po przybyciu. O czwartą, Jacqueline, też już się otarłeś, spotkałeś ją na pływalni. Po twojej lewej ręce są kolejne. Numer piąty, Alison, szósty, Belinda i siódmy, Chloe, dwie czekoladowe piękności.

Śliczne Murzynki przykuły na moment mój wzrok. Ich ciemne skóry, kręcące się włosy i czarne jak węgiel oczy niosły z sobą posmak egzotyki. Były ułożone i pogodne. Zapewne nie brakowało im temperamentu, jednak nie rwały się do tego, by mnie prowokować i przyciągać z siłą magnesu. Odziane gustownie, ale skromnie, nie eksponowały nadmiernie swoich wdzięków, które z pewnością chowały na inne okazje. Pojąłem, że póki co nie będę musiał za nimi biegać z wywieszonym jęzorem i przymilnie merdać ogonem. Czego nie można było powiedzieć o ostatniej dziuni.

— Jak się mam do was zwracać? Przez pani czy przez ty?

— Po imieniu — wyjaśniła. — Zresztą jak wolisz…

Ósma z gorącej listy, najmłodsza, miała na imię Daisy i pomyślałem, że po obiedzie pod byle pretekstem powinienem z nią pogadać. Już wcześniej wpadła mi w oko, omal się z nią nie zderzyłem, gdy wróciłem z oranżerii. Przykuła mój wzrok. Należała do wyjątkowo odlotowych dziewcząt. Była Hinduską z domieszką białej krwi i nie wyglądała na więcej niż dziewiętnaście lat. Wyciągnąłem teraz szyję, by ją lepiej widzieć. Kryła się za Chloe. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Jej niebezpieczna orientalna uroda, połączona z niewinnością i świeżością, sprawiały, że najchętniej ulokowałbym ją wyżej na wspomnianej liście. Silnie działała na moje zmysły i czułem, że między nami będzie się iskrzyć.

(...)


P

o obiedzie młodziutka Daisy nie opuściła salonu, w przeciwieństwie do trzech innych dziewcząt, które natychmiast się zmyły. Została i pomagała w sprzątaniu ze stołu. Nakrycia i półmiski wracały do kuchni. Ciągnąłem za nią tęsknym wzrokiem, obawiając się, że wcześniej czy później gdzieś przepadnie i że ujrzę ją dopiero w porze kolacji.

Nie miałem ochoty czekać i postanowiłem kuć żelazo póki gorące. Kluczyłem między modelkami, kursującymi między kuchnią a salonem, starając się do niej zbliżyć, a przy tym pragnąc, by nie rzucało się to w oczy. I wkrótce moje manewry odniosły oczekiwany skutek. Niby przypadkiem na nią wpadłem. Odruchowo przytrzymałem ją za łokieć.

— Siemanko, piękna z końca stołu, sorry! — usprawiedliwiłem się w te pędy. — Jak ja chodzę? Niezguła ze mnie.

Z zaciekawieniem zajrzała mi w oczy i obdarzyła mnie zabójczym uśmiechem. Jej bliskość sprawiła, że przeszył mnie szaleńczy dreszcz pożądania. Miała w sobie coś magicznego. Wydawało mi się, że nie powinienem się wahać i od razu wziąć ją w objęcia. A potem zapomnieć o całym świecie.

— Nic nie szkodzi, możesz częściej — zachęcająco zażartowała, pokazując piękne zęby.

Była laską o hipnotyzującym spojrzeniu, wywołującym ogień w mężczyźnie. Drzemała w niej siła, a każda cząstka jej ciała emanowała seksapilem. Dowodziła sobą, że Bóg, jeśli chciał, potrafił stworzyć prawdziwe cudo. Pojąłem, że jest uosobieniem zmysłowości i zacząłem podejrzewać, że może okazać się tak namiętna jak słodka Madison z Orlando, choć przecież nie była klonowanym androidem.

Pieszczotliwie ująłem końce jej palców. Próbowałem uspokoić rozszalałe serce. Nie miałem zamiaru pozwolić jej odejść.

— Porozmawiamy? Czy gdzieś się spieszysz? — odważnie zapytałem, idąc za ciosem. — Moglibyśmy się lepiej poznać, przy obiedzie się nie dało. Musiałbym do ciebie wołać z przeciwnego końca stołu.

Zachęcająco wskazałem ręką zestaw wypoczynkowy z widokiem na kąpielisko przy oszklonej ścianie, żywiąc nadzieję, że gąska mi nie odmówi.

Nie odmówiła. Spolegliwie się zgodziła, pozwalając, bym po męsku przejął inicjatywę. Okazała się zadziwiająco potulna i skromna. Nie zamierzała krzywić się i zadzierać nosa.

— Nie ma sprawy! — rzekła pogodnie. — Możemy pogawędzić. Nigdzie się nie spieszę.

Porzuciła nakrycia, cedując poobiednie porządki na pozostałe madonny. Bez wahania poleciała na faceta, który do niej się przypiął. Pierwszą rundę wygrałem i mogliśmy rozgościć się przy błyszczącej ławie. Szczupła, żywa i niezwykle sprawna fizycznie, usiadła, zwracając się w moją stronę i podwinęła nogi. Poczułem się przy niej tak, jakby nagle ubyło mi lat.

— Dlaczego umieszczono cię dopiero na ósmym miejscu? — zaciekawiony dociekałem, szukając tematu do rozmowy. — Czy dlatego, że jesteś ósmym cudem świata? — zażartowałem.

— Bo ja wiem? Pewnie dlatego, że jestem nieśmiała — odpowiedziała niefrasobliwie.

Odniosłem wrażenie, że przesadza. Nie czuła się skrępowana, nie siedziała przy mnie sztywno i zachowywała się w miarę swobodnie. Wyglądała na niepłochliwą młódkę. Czegóż miałaby się wstydzić? Nie zamierzałem jej tłumaczyć, że faceci lecą na boskie lale w jej wieku jak ćmy do płonącej świecy, bo częstowałbym ją truizmami. Tu nie było miejsca na taką grę. Pominąłem wyświechtane komplementy.

— Może mi powiesz, czym zajmują się twoje koleżanki? — rzekłem z zaciekawieniem, nie mogąc oderwać od niej wzroku. — Na razie znam tylko ich imiona.

Nie przejmowała się tym, że ją sonduję. Skinęła głową. Jej spojrzenie zdradzało wybitną inteligencję, uroda nie mogła tego ukryć, więc potrafiła ująć to zwięźle i nie musiała się specjalnie wysilać.

— Grace jest specjalistką od architektury krajobrazu, a ściśle biorąc od projektowania obiektów w kosmosie, Miriam jest botanikiem, ekspertem od flory na różnych planetach, Agnes jest genetykiem, Jacqueline zna się na nawigacji, jest obeznana ze statkami kosmicznymi, potrafi nadzorować ruch międzyplanetarny, a nawet międzygalaktyczny, Alison jest z kolei kimś w rodzaju maklera, śledzi wahania na giełdach i przepływy środków płatniczych, a ponadto jest w stanie sprostać księgowości ogromnego koncernu, Belinda jest specem od manipulacji w środkach masowego przekazu, Chloe podobnie.

Gdybym nie stracił zdolności trzeźwego myślenia, pojąłbym w mig, że singielki goszczące w tym kurorcie nie studiowały i nie zdobywały szlifów w Układzie Słonecznym, ale gdzieś dalej, w nieznanych mi stronach wszechświata. A gdzie dokładnie? Może w Galaktyce Trójkąta, skoro w jej rewirach urzędowały? Kosmos był taki wielki! Przejęty bliskością azjatyckiej arystokratki nie byłem w stanie sobie tego uprzytomnić. Jej olśniewająca uroda przyćmiewała mój zdrowy osąd. Liczyło się tylko to, co miałem przed oczyma, jak również to, czego pragnąłem.

— A ty?

— Jestem od sprzątania — rzekła skromnie. — Niekiedy nazywają mnie gońcem.

— Ja cię kręcę! — wypaliłem impulsywnie, a moje brwi powędrowały wysoko. — Gonią cię do roboty? Przecież teraz sprzątają maszyny. Chyba że chodzi o gońca na szachownicy — zażartowałem.

— Trudno — westchnęła. — I tak byś się dowiedział. Jestem specem od mokrej roboty, kimś w rodzaju korporacyjnego cyngla — zdradziła w sekrecie, odruchowo zniżając głos.

Nie chciało mi się wierzyć. Kojarzyła się z pięknymi strojami, a nie z tym brudnym zajęciem, do którego trzeba było mieć skórę nosorożca.

— Taka młodziutka gwiazda wolnym strzelcem? Podejmujesz się płatnych zleceń? — oczy mi się zrobiły okrągłe z wrażenia.

Nie ściemniała.

— Od czasu do czasu ktoś musi zrobić porządek — usiłowała się wytłumaczyć, spuszczając wzrok i omal nie kryjąc twarzy pod furą ciemnych włosów. — Taki zawód jak każdy inny.

— Nie wyglądasz na zbira i dobrze ci z oczu patrzy. Jesteś taka piękna.

Przemogła się i podniosła wzrok.

— A powinnam przypominać ponurego gangstera? Z twarzą poznaczoną bliznami, jak w starych filmach kryminalnych? — roześmiała się zabawnie, a w jej policzkach pojawiły się drobne dołeczki. — Teraz zresztą rzadko kiedy się zabija. Raczej formatuje się psychikę klienta. To czysta robota. Niemniej jednak potrafiłabym zabić i jestem obeznana z różnymi rodzajami broni palnej oraz z technikami walki wręcz, od kung-fu począwszy.

Tarłem brodę w zamyśleniu. Wreszcie rzekłem:

— Wiesz, że mnie to nawet rajcuje? Ale muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś. Nie sądziłem, że okażesz się taka groźna. Aż mi serce mocniej bije z wrażenia.

— Mam nadzieję, że to nie odstraszy cię ode mnie — zaszczebiotała. — Aby poprawić swój wizerunek, powiem, że dzięki posiadanym umiejętnościom potrafiłabym wcielić się w rolę twojego ochroniarza. Sztuka walki jest bowiem przede wszystkim sztuką samoobrony.

Rzekła to takim tonem, jakby chciała zaznaczyć, że jest gotowa nie tylko mnie chronić, ale i ze mną się bzykać. Cóż innego śliczny ochroniarz mógłby robić w nocy? Pomyślałem, że reklama jest dźwignią handlu, a młodziutka Daisy potrafi umiejętnie się zaprezentować. Nawet diabeł mógłby jej pozazdrościć umiejętności kuszenia. Nie byłoby źle mieć kogoś takiego u boku. Zachwycony tą perspektywą, uległem przemożnej pokusie i moja dłoń niby przypadkiem zawędrowała na jej odsłonięte kolano.

— A może byśmy… już teraz… na dzień dobry… — wypaliłem pod wpływem niekontrolowanego impulsu, ale zaraz z przerażenia ugryzłem się w język.

Teraz? Co mi strzeliło do głowy? Posuwałem się za daleko, naruszając obowiązujące w tej mikrospołeczności reguły gry. Nabrałem nagłej ochoty, by tę dżagę zaciągnąć od razu do siebie, lecz coś mnie zaraz ostrzegło, że niebezpiecznie szarżuję. Powinienem był być bardziej ostrożny. Należało zważać na słowa. Szybko zabrałem rękę, usiłując się wycofać. Nie umiałem flirtować, uwodzić i zdobywać. Brakowało mi cierpliwości. Grałem za ostro i szarżowałem jak byk na corridzie, co zwykle fatalnie się kończyło. W okamgnieniu dostawałem kosza.

Ku memu zdumieniu rozkoszna nastolatka od razu odgadła, co mi chodzi po głowie, jakby czytała w mojej duszy niczym w szeroko otwartej księdze. A może miałem to wymalowane na twarzy? Żywiołowo zareagowała na zaczepkę, nie dostrzegając w niej afrontu dla siebie.

— Marzy ci się, żeby mnie pierwszą przelecieć? Chcesz olać listę? — palnęła z zadziwiającą szczerością, a jej oczy się zaświeciły. Poczynała sobie nad wyraz śmiało, czym mnie zupełnie zaskoczyła. — Nie ma sprawy, możesz mnie bzyknąć, wpadnij za kwadrans do mojego apartamentu, będę czekać! — bez skrępowania mnie zachęciła, nie czekając, aż wysłowię się do końca.

Zrobiłem wielkie oczy. Nie sądziłem, że młódka będzie pozbawiona wstydu i że zechce pójść na pierwszy ogień. Poczułem, że dygocę z wrażenia. Moje zaloty trwały nadzwyczaj krótko, a jednak przyniosły upragniony efekt. Złapała mi się na haczyk złota rybka, gotowa spełniać me życzenia. Po kilku minutach niezobowiązującego flirtu. Co za tempo? Tak się to tutaj rozgrywało? Hamulce moralne zostawiało się w szatni? W tym nadmorskim ośrodku było naprawdę coś magicznego.

Moja rozmówczyni wkręciła się w tajemne rendez-vous z niezwykłym talentem i wdziękiem. Zaproponowała mi numerek takim tonem, jakby chodziło o coś z gruntu błahego, na przykład o niewinny spacer po plaży przy świetle księżyca. Trudno, żebym się szczypał. Byłem przecież facetem pozbawionym zasad, więc nie wahałem się ani chwili. Nie do wiary! Okazało się, że jestem niewiarygodnym farciarzem, dzieckiem szczęścia, ulubieńcem fortuny i wybrańcem losu.

— Serio?! To jesteśmy umówieni — wydusiłem z siebie z pokerową twarzą, starając się ukryć to, co się ze mną działo. Chciałem się zabawić. Serce mocno mi zabiło, a w spodniach zrobiło mi się ciut, ciut za ciasno. — Przytelepię się, z miłą chęcią! — dorzuciłem, starając się złapać oddech.

Kiedy się podniosła, a ja wraz z nią, zaczęło do mnie docierać, dlaczego zepchnięto ją na ósme miejsce. Rozejrzałem się po twarzach penelop, które kończyły sprzątać po obiedzie. Smukła Daisy nieco odstawała od tych intelektualistek. Miały wyszkolonego zabójcę w swoich szeregach, co nie napawało ich dumą. A może się myliłem?

(...)


0 1 2 3 4 5 ^