EDWARD GUZIAKIEWICZ   ENBARGONKI

Fragment piąty


M

iałem czas, żeby się nad tym zastanowić. Po śniadaniu pociągnąłem Grace za język. Pomyślałem, że najlepiej pogadać z nią na ten temat w cztery oczy.

— Możesz mnie oświecić, słoneczko? Chciałbym się zorientować, jak to jest z moim ciałem. Czy jest w nim coś niezwykłego? To i owo już do mnie dotarło, ale to za mało, żebym mógł postawić kropkę nad i.

Zajrzała mi w oczy, jakby chcąc z nich wyczytać, co wiem, a czego nie wiem.

— Jesteś ulepszoną wersją samego siebie. Posiadasz nadzwyczaj odporny organizm, my też takie mamy. Ewolucyjnie stoisz dużo wyżej niż inni ludzie — wyjaśniła z najwyższą powagą. — Wykorzystujesz fizyczny i psychiczny potencjał dotąd niedostępny dla Ziemian. Belinda o tym wspomniała. To przywilej należących do nowej odmiany gatunku Homo sapiens. Tak można by to ująć w największym skrócie.

— Stworzyliście superrasę? Ja cię kręcę! Dlaczego tego nie zauważyłem? — ironicznie odparowałem, jednak nie do końca przekonany, że mam rację. Pomyślałem, że modelka z lekka koloryzuje. A może niczego nie ubarwiała? Nie czułem się superbohaterem i nie uważałem, bym miał na niego zadatki.

Podeszła do nas Jacqueline, jakby przewidując, że będzie potrzebna.

— W czym rzecz? — ciekawie zapytała.

— Należałoby rozpocząć od pokazania ci możliwości twojego układu regeneracyjnego — ciągnęła Grace, klarując mi to wszystko pod dachem. — Wypadałoby cię mocno zranić, najlepiej nożem — dodała, znacząco patrząc na brunetkę.

— O nie, nie piszę się na to — prychnęła Jacqueline. — Nie dla mnie takie numery. Poproś Daisy, ona jest od mokrej roboty. — Rozejrzała się za Hinduską.

— Załatwcie to razem — w te pędy rozstrzygnęła Grace. — Wy dwie pierwsze zaczęłyście go wtajemniczać.


S

przątano po śniadaniu. Jacqueline i Daisy poważnie potraktowały zalecenie Grace, czego się nie spodziewałem. Uznałem, że nie należy traktować jej słów serio. Umknąłem na pływalnię i wyciągnąłem się na leżaku, przymykając oczy i wystawiając twarz do słońca. Jednak nie byłem w stanie ukryć się przed nimi. Rozhasane dziunie mnie dopadły, nie pozwalając mi zapomnieć o tym, co wyniośle zakomunikowała pierwsza dama.

— Musisz przez to przejść — z ożywieniem oznajmiła brunetka. Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o niewinną grę w berka.

Daisy bawiła się swoim nożem, a w jej oczach migotały niebezpieczne błyski.

— Mam odegrać rolę świniaka, którego zarzyna się na ucztę plemienną? — usiłowałem ich zamiar obrócić w żart. Nie chciałem, by na mnie eksperymentowały. Nie nadawałem się na królika doświadczalnego.

— Coś w tym stylu. Dawaj rękę! — zażądała Hinduska. Nie wierzyłem, że to zrobi. Nie wykręciłem się sianem. Chwyciła ją mocno i oparła o poręcz leżaka. Ciachnęła mnie nożem, przebijając dłoń na wylot.

Wyrwałem jej rękę i wrzasnąłem wniebogłosy. Bolało jak diabli. Zerwałem się z leżaka. Moja krwawiąca prawica wyglądała tak, jakbym właśnie dostał stygmatów.

— Odbiło wam, czy co? — przerażony jęknąłem.

Daisy ostrożnie wyciągnęła złoty sztylet z rany.

— A teraz patrz! — powiedziała.

Rana szybko znikała. Nie trzeba było jej bandażować. Stopniowo się zabliźniała i po minucie nie został żaden ślad po zadanym ciosie. Skóra była gładka. Poruszyłem palcami. Ból ustał, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Czyżby przestały obowiązywać prawa natury?

Rozpaczliwie zajrzałem w ich oczy, próbując pojąć, kim stałem się w rękach nieprzeniknionych Enbargonów. Nie były przejęte incydentem, a Daisy bawiła się nadal sztyletem.

— Mogę ci jeszcze uciąć palec — zaproponowała z miną urodzonego sadysty. O dziwo, z tą miną było jej do twarzy, a jej szelmowski uśmiech zniewalał. Broniłem się dotąd przed myślą, że ta niewinna istota jest w stanie zabić z zimną krwią.

— Nie, nigdy! — zaprotestowałem. — Wierzę ci na słowo.

Przypomniałem sobie, że w pradawnej yakuzie karą za błąd było obcięcie palca. Ten ponury rytuał wywodził się z kodeksu samurajskiego i nosi nazwę yubitsume. Ja jednak nie byłem członkiem żadnej mafijnej organizacji, a poza tym palec z całą pewnością by mi odrósł. Naprawdę im wierzyłem.

Przysiadłem na leżaku, przyglądając się nieufnie obu madonnom. Rozochocone, mogły ponownie spróbować swoich sił i dobrać się do mnie. Skupiłem trwożną uwagę na penisie.

— To kim, do diabła, jesteśmy? Tworzymy faktycznie nową rasę?

— Coś tak jakby… — beztrosko odpowiedziała Jacqueline.

Pomyślałem, że znowu muszę się upić. Zalać się w sztok. To przechodziło ludzkie pojęcie. Byłem sobą i nie byłem.

Nad zdolnością do regeneracji ziemscy i marsjańscy naukowcy pracowali od wieków, ale nie odnieśli większych sukcesów. Enbargoni pod tym względem zaszli dużo dalej. Ze zgrozą pojąłem, że ocierają się o nieśmiertelność. Człowiek nie potrafił dogonić salamandry. Zraniony ziemski płaz był w stanie odtworzyć sobie ogon, kończyny i ważne organy wewnętrzne. Pozwalał mu na to układ odpornościowy. Zrozumiałem, dlaczego moje madonny nie miały przebitych uszu i nie nosiły kolczyków w pępku. Ich naruszona skóra momentalnie się odnawiała. Pobiegłem myślami w stronę medyka z Orlando, który zbadał mnie po przylocie z orbity supernowej i podzielił się ze mną swoimi wątpliwościami. Zastanawiało mnie, jak dalece przeniknął sekrety obcych. Czy byłem wydaniem pierwszym poprawionym samego siebie, czy całkiem nowym wydaniem drugim? Odniosłem wrażenie, że moje madonny chcą mnie przekonać, iż w grę wchodzi druga ewentualność.

Wstałem i ponuro zerknąłem na Daisy. Była cała w skowronkach. Pokazała pazurki, ale doskonale wiedziała, że puszczę jej to płazem.

Z wyrzutem miauknąłem:

— Dajecie popalić, w głowie się nie mieści!

Jacqueline się uśmiechnęła.

— To jeszcze nie wszystkie sekrety twego nowego ciała — zdradziła. — Jeśli chcesz, skocz do wody i sprawdź, ile jesteś w stanie wytrzymać bez powietrza. Efekt cię zaskoczy.

— A ile potrafię? — zapytałem zdziwiony. W szkole lotniczej wytrzymywałem bez oddychania sześć minut, taka była norma, jednak niektórzy moi koledzy dużo więcej. Palili się do bicia rekordów. Mnie to nie pociągało.

— Zobaczysz — rzekła tajemniczo.

Wzruszyłem ramionami. Nie zamierzałem się popisywać pod wredne babskie dyktando.

— Przyjdziesz później, to razem się zanurzymy — ozięble powiedziałem.

Musiałem ochłonąć po tym, co się stało. To było straszne. Jeszcze raz obejrzałem swoją dłoń, zginając palce. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłem.

(...)


0 1 2 3 4 5 ^