Edward
Guziakiewicz
ENBARGONKI

Fragment 1

B

yło podejrzanie cicho. Nie dochodził do mnie nawet najlżejszy szmer. Ostrożnie poruszyłem prawą ręką, a potem lewą. Pomacałem dłońmi wokół siebie. Otworzyłem oczy. Leżałem na wznak, zaś nade mną znaczył się idealnie gładki seledynowy sufit, pozbawiony plam i skaz. Wsparłem się na łokciu, rozglądając dokoła. Moje nagie ciało przykryto do pasa białym prześcieradłem. Podciągnąłem je, oglądając palce stóp.

— Navi — szepnąłem. — Gdzie jestem?

Z osłupieniem skonstatowałem, że dziwnym trafem uciekłem grabarzowi spod łopaty. Ktoś mnie wyciągnął ze ślizgacza obcych. Dostrzegłem okno. Postanowiłem się podnieść, spuściłem nogi i ze zdziwieniem odkryłem, że mogę swobodnie stać na posadzce. Nie traciłem równowagi. Nic mnie nie bolało, a grawitacja była bliska ziemskiej.

— Szpital? Lazaret? — z cicha zapytałem. — Do diaska, ależ mam przygody, w głowie się nie mieści!

Owinąłem się w pasie złożonym na pół prześcieradłem, ściągniętym z półprzeźroczystego ni to postumentu, ni to łóżka. Bosymi stopami stawiałem ostrożne kroki. Zdumiewały mnie sterylna czystość ścian, jasność i brak jakichkolwiek sprzętów. Duże okno mojej separatki wychodziło na soczystą zieloną murawę, okoloną równo przystrzyżonym niskim żywopłotem. Nie gościłem jednak na Ziemi. Przeczył temu kolor nieba. Było wprawdzie błękitne, ale w obcym mi odcieniu. Poza tym świeciły dwa słońca, jedno wielkości naszego, drugie mniejsze. Przeszyła mnie myśl, że trafiłem do ulokowanego daleko w kosmosie ośrodka dla rzadkiej klasy czubków. Brakowało mi tylko kaftana bezpieczeństwa. A może jednak umarłem i znalazłem się w niebie?

— Halo, halo, jest tu ktoś? — niegłośno zawołałem, pokonując chrypkę.

Odpowiedział mi Ginger.

— Miau — usłyszałem.

Zapuściłem żurawia do pomieszczenia po lewej stronie. Mój bury kocur siedział na środku posadzki, wpatrując się we mnie żółtymi ślepiami. Nie wyglądał jednak na świętego Piotra, strzegącego bram nieba. Nie było nad nim aureoli. Coś mnie tknęło i poszedłem dalej. W kolejnej sali stało sporej wielkości kryte akwarium, w którym urzędował dziwny gadzi stwór nieco mniejszy od mojego czworonożnego przyjaciela.

— Niech mnie kule biją! — ze zgrozą wyszeptałem. Znałem tę wstrętną mordę. W kabinie ślizgacza obcych, a może wcześniej na Meduzie, ten odmieniec ukrył się w moim kocie. — Transfuger — przypomniałem sobie jego nazwę.

Na mój widok potworek nagle zmienił wygląd. Przybrał postać ponurego cienia, konwulsyjnie rzucającego się po wszystkich ścianach akwarium. Wreszcie znudziła mu się ta zabawa i wrócił do pierwotnej postaci.

— Williamie, jesteś zdrowy — usłyszałem za sobą miły głos.

Odwróciłem się i dokumentnie mnie zatkało. Stała w wejściu niewiarygodnie szczupła młoda kobieta o dziwnym kształcie czaszki i zdradzających obcą rasę mało ludzkich rysach twarzy. Na pewno nie urodziła się na żadnej z planet w promieniu dziesiątków lat świetlnych od Ziemi. Takie istoty wymyślano co najwyżej w studiach filmowych, specjalizujących się w produkcjach fantastyczno-naukowych. Nie miałem wątpliwości co do jej płci. Oczy miała ogromne, a jej spojrzenie mówiło, że jest osobą godną zaufania. Gładkie oblicze nie zdradzało jednak żadnych uczuć.

— Dzień dobry — odruchowo rzuciłem, nie spodziewając się w tym miejscu aż tak osobliwych gospodarzy. Spoglądałem na nią z oszołomieniem, nie wiedząc, co począć.

— Jestem Enbargonką — miękkim głosem wyjaśniła, wyczuwając mój niepokój. — Trafiłeś do Galaktyki Trójkąta. Jeden z nawigatorów zgłosił wypadek, dlatego tu się znalazłeś. Wymagałeś opieki medycznej. Zajęliśmy się tobą i postawiliśmy cię na nogi. Teraz możesz wrócić do swoich, ty i twój zwierzęcy przyjaciel. On także został wyleczony.

Jej długie palce błądziły po zawieszonym na szyi przyrządzie, niby to stetoskopie. Przyglądała mi się z uwagą, jakby chcąc się upewnić, że jej angielski jest zrozumiały, a powierzony pacjent po niezbędnych zabiegach faktycznie wrócił do zdrowia.

Skwapliwie skinąłem głową, wstydliwie pilnując, by nie zsunęło mi się z bioder prześcieradło. Byłem prawie trzy miliony lat świetlnych od domu. W takiej chwili wolałbym mieć na sobie coś więcej niż tylko opaskę z białego płótna jak starożytny Egipcjanin.

— Dziękuję — wymamrotałem zdezorientowany. — Cieszę się, że nie poszedłem do piachu.

Nie chciała mnie zostawić bez dodatkowych wyjaśnień.

— Minęło kilka miesięcy i twoi przyjaciele ze stacji Meduza zbliżają się już do Ziemi — powiedziała. — Wkrótce do nich dołączysz!

Zamurowało mnie. „Kilka miesięcy?!”

— Ach, tak?! — wystękałem, przejęty do głębi.

— A teraz wróć i połóż się na swoim posłaniu. Nie stanie ci się nic złego. Zaśniesz, zaś kiedy znowu się obudzisz, będziesz lądował na swojej planecie.

Wydała mi nie budzące wątpliwości polecenie, odwróciła się i bez słowa odeszła. A właściwie odpłynęła. Poły jej długiego płaszcza pofrunęły. Nie byłem pewny, czy jej stopy dotykają posadzki.

Nie miałem wyboru, musiałem się podporządkować. Skrzywiłem się, bo od małego nie lubiłem, żeby ktoś za mnie decydował. Rad nie rad, powlokłem się do separatki i opieszale wyciągnąłem na szpitalnym łożu. Pokonany zamknąłem oczy, niechętnie godząc się z tym, że znowu wpadnę w łapy wyrafinowanego anestezjologa, który wcześniej uśpił mnie na wiele tygodni. Kto powiedział, że powinienem ufać tym łajzom, kosmitom? Niczego nie brałem za dobrą monetę, więc trudno mi było uwierzyć, że ci popaprańcy mają przyjazne zamiary.

Kot pociągnął za mną, wskoczył na łoże i ulokował się w moich nogach. Oczyma wyobraźni przeniosłem się na Meduzę, oddając wspomnieniom. Zacząłem żałować, że nie ma przy mnie figlarnych dziewcząt z modułu K! Oddałbym tydzień z nimi za cały przyszły niepewny los.



S

ądząc po wprowadzających w błąd kształtach i dziwnie swojskim wnętrzu, transportowano mnie na Ziemię nie ślizgaczem Enbargonów, ale ziemskim wahadłowcem. Amfibia była do złudzenia podobna do maszyn, którymi sam latałem w przeszłości. Wyposażenie miała jednak nietypowe i tylko z pozoru spłynęła z taśmy produkcyjnej jednego ze znanych mi koncernów. Autopilot nie wymagał żadnej kontroli, napisy na pulpitach pozostawały niezrozumiałe, nigdy nie widziałem takiego alfabetu, a co najgorsze: sterujący tym cudem wredny komputer nie miał ochoty ze mną gadać. A przecież nie byłem małpą, nie rozumiejącą stawianych pytań i niezdolną do odpowiedzi.

W dole na tle błękitnego Atlantyku rysowała się Floryda, której nie przysłaniały znaczące się tu i ówdzie białe obłoki. Wyłuskałem wzrokiem Puerto Rico, Haiti i Kubę. Zeszliśmy nad Bahamy. Wziąłem sennego Gingera na kolana i przysłuchiwałem się wymianie komunikatów z wieżą. Elektroniczny twór obcych dobrze sobie radził z ludzkim głosem, z łatwością oddając różne stany ducha, emocje i nastroje.

— Udało się — szepnąłem mu do ucha. — Jesteśmy w czepku urodzeni. Enbargonka nie ściemniała.

Domyślałem się dalszego ciągu zdarzeń, co nie było takie trudne. Zaprogramowany przez obcych uskrzydlony spryciarz miał mnie wyrzucić na Przylądku Canaveral i natychmiast odlecieć w nieznane. Nikt nie mógł odkryć, że niewinnie wyglądająca maszyna o rozpoznawalnej marce przybyła z innej galaktyki.

(...)


0 1 2 3 4 5

O autorze

1

FANTASTYKA

Fantastyką interesował się od późnych klas szkoły podstawowej. Czytywał prawie wszystko, co ukazywało się drukiem. Jest ona jego hobby, z racji zamiłowania do przedmiotów ścisłych, matematyki i fizyki.
2

ZAINTERESOWANIA NAUKOWE

Zajmuje go antropologia, historia filozofii i teologii, chętnie sięga po opracowania, związane ze współczesną hermeneutyką naukową. W zainteresowaniach historycznych zorientowany na starożytność, szczególnie na Bliski Wschód (biblijny Izrael).
3

PRZEDMIOTY ŚCISŁE

Zamiłowanie do przedmiotów ścisłych zaowocowało ponadto zainteresowaniem językami programowania. Autor jest więc również webmasterem i webdesignerem oraz administratorem stron internetowych.